Z piekła do nieba, czyli podsumowanie sezonu 2018 w wykonaniu MRGARDEN GKM Grudziądz - GKM.Grudziadz.net - oficjalny serwis klubu

Z piekła do nieba, czyli podsumowanie sezonu 2018 w wykonaniu MRGARDEN GKM Grudziądz

Tegoroczne rozgrywki PGE Ekstraligi miały być przełomowe dla ekipy MRGARDEN GKM-u Grudziądz. W składzie żółto-niebieskich doszło do kilku roszad. Z klubem po słabych występach w 2017 roku pożegnał się Rafał Okoniewski. Na zakończenie kariery zdecydowali się także kończący wiek juniora Mateusz Rujner oraz Mike Trzensiok. Lukę w formacji seniorskiej zapełnić miał Przemysław Pawlicki. W Grudziądzu bardzo liczono na to, że sympatyczny „Shamek” będzie solidnym wzmocnieniem drużyny Roberta Kempińskiego. Po cichu wierzono także, że GKM ze starszym z braci Pawlickich w składzie będzie w stanie zawalczyć nie tylko o spokojne utrzymanie, lecz także o awans do fazy Play-Off. Jak się później okazało, sztuka ta okazała się zbyt trudna dla żużlowców z H4, a włodarze klubu znad Wisły musieli szybko zweryfikować przedsezonowe plany.

Pierwsze problemy grudziądzanie zaczęli mieć już w inaugurującym sezon spotkaniu na własnym torze z beniaminkiem – forBET Włókniarzem Częstochowa. GKM prowadził w tym meczu już różnicą 10 punktów, by ostatecznie… zremisować. Ojcem sukcesu gości w tym pojedynku był Fredrik Lindgren, który miał atomowy początek sezonu. Popularny Szwed także w kilku następnych meczach nie miał sobie równych. Swój udział w wyszarpaniu w ostatnich biegach remisu miał także Leon Madsen. Wszyscy po pierwszym meczu zastanawiali się co stało się z gospodarzami. Czy GKM stracił atut własnego toru, czy też Włókniarz jest naprawdę taki silny? O ile pretensji po tym spotkaniu nie można było mieć do Artema Laguty i nowego nabytku GKM-u, Przemka Pawlickiego, o tyle postawa pozostałych seniorów pozostawiała wiele do życzenia. Znacznie więcej spodziewano się po wynikach Antonio Lindbaecka, Krzysztofa Buczkowskiego czy też Krystiana Pieszczka. Całkiem nieźle spisali się natomiast juniorzy Kamil Wieczorek i Dawid Wawrzyniak. Był to jednak pierwszy mecz i każdy w Grudziądzu „remisową porażkę” tłumaczył sobie brakiem wjeżdżenia w sezon i nieodpowiednim dopasowaniem motocykli do miejscowego owalu po okresie zimowym.

Kolejne spotkanie jeźdźcy z kujawsko-pomorskiego rozegrali na wyjeździe, na trudnym terenie, bowiem ich rywalem był Falubaz Zielona Góra. Nie od dziś wiadomo, że mecze wyjazdowe są ogromną bolączką GKM-u, wobec czego żaden kibic nie spodziewał się cudów przy Wrocławskiej 69. Nie inaczej też było. Zgodnie z przypuszczeniami grudziądzanie nie postawili zbyt dużego oporu ekipie prowadzonej przez Adama Skórnickiego, przegrywając w Zielonej Górze 37:53. Po raz kolejny nieźle spisali się Laguta, Pawlicki, a także Buczkowski. Jednak ponownie zabrakło „oczek” utraconych przez Lindbaecka, Kaia Huckenbecka oraz Pieszczka. Po raz kolejny Wieczorek i Wawrzyniak udowodnili, że jazda na obcych torach nie jest ich mocną stroną.

Swoją siłę rażenia MRGARDEN GKM miał zweryfikować w drugim pojedynku na własnym torze. Rywalem naszej drużyny był nie byle kto, bo Drużynowy Mistrz Polski z roku 2017 – Fogo Unia Leszno. Bardzo liczono na to, że grudziądzanie będą w stanie utrzeć nosa naszpikowanej gwiazdami i bardzo solidnymi juniorami ekipie „Byków”. Niestety tego dnia stało się coś, czego nikt w naszym mieście się nie spodziewał. Podopieczni Roberta Kempińskiego byli tłem dla rywali, doznając bardzo bolesnej porażki, jednej z największych od wielu lat na własnym torze. GKM przegrał 28:62, a w oczy zawodników, działaczy, jak i kibiców zaczynało zaglądać widmo bardzo dużych problemów. Wśród sympatyków żółto-niebieskich nie brakowało komentarzy mówiących o tym, że ten sezon będzie ostatnim w szeregach PGE Ekstraligi. Żużlowcy potrzebowali wsparcia kibiców, lecz sami tak naprawdę zdawali sobie sprawę z tego, że będąc w takiej dyspozycji, nie będą w stanie nic ugrać.

Kolejnym meczem były Derby Pomorza. Get Well Toruń, mający także aspiracje do jazdy w play-off, poradził sobie na własnym torze z GKM-em. Żużlowcy z grodu Kopernika nie mieli jednak łatwej przeprawy z GKM-em. Grudziądzanie starali się dotrzymać tempa gospodarzom i do pewnego momentu wynik spotkania był „na styku”. Sprawę załatwił jednak Jack Holder, który z powodzeniem zastąpił słabiej spisujących się Nielsa Kristiana Iversena oraz Pawła Przedpełskiego. Młodszy z australijskich braci był jednym z ojców sukcesu Get Well. Jednak pomimo porażki widać było, że w jeździe żużlowców GKM-u coś drgnęło. Wprawdzie nasza ekipa przegrała 39:51, lecz postawa zawodników napawała już nieco większym optymizmem.

Na pierwsze zwycięstwo żółto-niebiescy czekać musieli aż do 5. kolejki spotkań. W niej podejmowaliśmy w stadionie w Parku Miejskim Cash Broker Stal Gorzów. Kibice GKM-u drżeli mocno o losy tego spotkania, bowiem w przypadku kolejnej porażki wielce prawdopodobna byłaby wizja spadku z Ekstraligi. Tak się jednak nie stało. Nasz team stanął na wysokości zadania, pokonując przyjezdnych 49:41. Duża w tym zasługa seniorów, z których każdy zaczął punktować na niezłym poziomie. Przede wszystkim na poziomie, którego przed sezonem od nich oczekiwano.

Szansą na ucieczkę z ostatniej pozycji w tabeli miałaby dać wygrana w Tarnowie z tamtejszą Grupa Azoty Unią. Żużlowcy dowodzeni przez Pawła Barana przed sezonem byli uznawani za jednego kandydatów do spadku. O dziwo jednak, w przeciwieństwie do GKM-u, tarnowianie mieli już do tej pory dwie wygrane na własnym koncie, w dodatku z wyżej notowanymi rywalami. Marzenia o wygranej na Mościcach pękły jak bańka mydlana. Gospodarze już od 7. wyścigu zaczęli sukcesywnie powiększać swoją przewagę w meczu, wygrywając ostatecznie 49:41.

Kolejnej już sromotnej porażki grudziądzanie doznali we Wrocławiu, gdzie miejscowa Sparta pokonała ich aż 61:29. Był to już drugi beznadziejny mecz w wykonaniu ekipy Kempińskiego. Poza Artemem Lagutą na wrocławskim owalu nie istniał praktycznie żaden z naszych zawodników. Na domiar złego w rozpoczynającej się dwa tygodnie później rundzie rewanżowej Spartanie ponownie byli górą. GKM przegrywając 42:48 mecz na własnym torze znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Wcześniejszy atut grudziądzkiego twardego owalu po prostu zniknął. Tor nie był już sprzymierzeńcem naszej drużyny, o czym nawet otwarcie wspominali sami zawodnicy. W środowisku żużlowym mówiono o tym, że w zasadzie potrzeba cudu, aby żółto-niebiescy zdołali się utrzymać w Ekstralidze.

Istotny krok w kierunku pozostania w szeregach najlepszej żużlowej ligi świata GKM zrobił w meczu z Tarnowem na własnym torze. Szalejący Nicki Pedersen to zdecydowanie było za mało tego dnia na pokonanie lepiej dysponowanych grudziądzan. Duńczyk bez wsparcia swoich kolegów z drużyny nie był w stanie nie tylko wygrać meczu, ale także obronić jakże istotnego punktu bonusowego, który pozostał przy H4. Nastroje w naszym mieście zaczęły być tym samym znacznie lepsze i dostrzeżono światełko w tunelu. Wszystko nadal było możliwe, a walka o uniknięcie spadku miała się rozegrać pomiędzy GKM-em, Falubazem oraz właśnie Unią Tarnów.

Następny mecz to żółto-niebieskie derby. GKM udał się w podróż do Gorzowa i nikt raczej nie marzył o tym, aby na trudnym terenie Stali wygrać spotkanie czy wywieźć punkt bonusowy. Bezbłędny Bartosz Zmarzlik wspomagany przez kolegów z łatwością uporał się z grudziądzanami, wygrywając 54:36 i zgarniając bonusa.

Bardzo ważny gatunkowo mecz nasza drużyna rozegrała na swoim owalu w ostatnich dniach lipca. Rywalem grudziądzan był Get Well Toruń. Dla obu drużyn był to mecz o wszystko. Dla miejscowych w kontekście zwiększenia szans na pozostanie w Ekstralidze, dla przyjezdnych z kolei obrona bonusa mogłaby dać szansę na udział w play-offach. Ekipa GKM-u stawiała mocny opór jeźdźcom Jacka Frątczaka i wygrała ten mecz 49:41, ale nie udało się zdobyć punktu bonusowego. Tym samym nasi żużlowcy musieli zrobić wszystko, by w ostatnich spotkaniach sezonu pojechać na wysokim poziomie i uniknąć najgorszego scenariusza.

Ku sporemu zaskoczeniu Robert Kempiński mógł cieszyć się z bardzo dobrej postawy swoich podopiecznych w Lesznie. Skazywany na pożarcie GKM sprawił niespodziankę, mocno stawiając się Mistrzom Polski. Spotkania wprawdzie nie wygraliśmy, lecz wynik 40:50 można było i tak uznać za spory sukces, walcząc z prawdziwym „dream team’em” jak równy z równym. W oczach naszych zawodników w końcu pojawił się optymizm i wiara w to, że w Grudziądzu uda się obronić Ekstraligę.

Ogromny krok w tym kierunku GKM postawił w meczu na własnym torze z Falubazem Zielona Góra. Trudno było wśród grudziądzkich kibiców szukać tych, którzy wierzyli, że żółto-niebiescy zdołają nie tylko wygrać, ale także zdobyć bonusa. Ta sztuka po świetnym widowisku miejscowym się udała, a cały stadion po ostatnim biegu wpadł w euforię. Gospodarze wygrali 55:35 i już niemal pewne było, że wystąpią w szeregach Ekstraligi w następnym sezonie. Ostatnie miejsce w ligowej tabeli już GKM-owi nie groziło, lecz za wszelką cenę w Grudziądzu dążono do tego, aby uniknąć spotkań barażowych.

Ostatni mecz fazy zasadniczej okazał się także ostatnim dla GKM-u. Robert Kempiński wraz ze swoimi zawodnikami udał się do „jaskini lwa”, a więc do Częstochowy. W sezonie 2017 nasza drużyna już pokazała, że potrafi walczyć na owalu Włókniarza, dlatego też chcieliśmy sezon zakończyć z przytupem. Liczono po ciuchu na pierwsze wyjazdowe zwycięstwo od kilku lat. I ta sztuka stałaby się faktem, gdyby nie… niesamowity Leon Madsen, który na ostatnich metrach obronił remis dla gospodarzy. Pozostał pewien niedosyt, ale dla GKM-u najważniejsze było to, że sezon został zakończony na 6. miejscu, unikając zarówno baraży, jak i spadku.

Patrząc na przekrój całego sezonu, GKM miał naprawdę sporo szczęścia. Rozgrywki zaczęliśmy od mocnego falstartu, a później zaczynało być już tylko gorzej. Szybko stało się jasne, że marzenia o play-offach trzeba odłożyć na bok. W Grudziądzu drżano bowiem o to, czy w ogóle uda się pozostać w szeregach drużyn Ekstraligowych. Pretensji w przekroju sezonu nie można mieć tylko do Artioma Łaguty. Rosjanin był liderem z prawdziwego zdarzenia i w wielu spotkaniach to właśnie on ciągnął wynik. Robert Kempiński nie miał zbyt dużego pola manewru. Nawet roszady zawodników w parach nie przynosiły rezultatu. O ile niezłą dyspozycję prezentował także nasz nowy nabytek, Przemysław Pawlicki, o tyle ciężko nagrodzić dobrymi słowami naszych pozostałych seniorów. Zarówno Antonio Lindbaeck, jak i kapitan GKM-u, Krzysztof Buczkowski, będą chcieli o roku 2018 jak najszybciej zapomnieć. Obaj mieli ogromny problem nie tylko z dopasowaniem się do toru, lecz także z kibicami, którzy zarzucali im brak zaangażowania w jazdę w żółto-niebieskich barwach. Mało szans do jazdy miał Kai Huckenbeck, lecz Niemcowi z pewnością nie można było odmówić ogromnej ambicji i waleczności. Z kolei miniony rok był kompletną klapą dla Krystiana Pieszczka. Zawodnik, w którym tkwi spory potencjał, zawiódł włodarzy i szkoleniowców na całej linii. Nieco lepiej w tym sezonie wyglądała jazda naszych juniorów, w szczególności Kamila Wieczorka. Duża w tym zasługa Roberta Kościechy, który w trakcie sezonu dołączył do GKM-u i zajmuje się szkoleniem młodzieży w Grudziądzu.

Wielu kibiców powie zapewne nawet dzisiaj, że w Grudziądzu jak zwykle obiecano wiele i na tych obietnicach się skończyło. Oczywiście dla wszystkich – trenerów, włodarzy, zawodników, pracowników klubu oraz kibiców – sezon 2018 uznać trzeba w kategorii porażki. Nie chodzi już nawet o brak realizacji przedsezonowych celów, ale przede wszystkim o postawę drużyny i poszczególnych zawodników. GKM stracił ogromny atut, którym zawsze był tor przy Hallera 4. Dla ekip przyjezdnych nasz owal przestał być zagadką, a „Twierdza Grudziądz” już nie istnieje. Przyszedł jednak moment, w którym przy ogromnym nakładzie pracy i wiary w lepsze jutro, drużyna się odbudowała. GKM pokazał charakter i druga połowa sezonu była już znacznie lepsza niż ta pierwsza, o której każdy chciałby już zapomnieć. Nie byliśmy w minionych rozgrywkach mocni, lecz znalazły się drużyny, które miały jeszcze mniej do powiedzenia. Stwierdzenia „z piekła do nieba” nie można więc uznać za sukces GKM-u, ale z całą pewnością każdy grudziądzki kibic cieszy się z tego, że w następnym roku oglądać będziemy mogli zmagania żużlowców na najwyższym szczeblu rozgrywek. Oby ten następny rok dostarczył nam więcej pozytywnych wrażeń.

Tabela PGE Ekstraligi

PozycjaDrużynaPunkty
110
27
37
44
54
64
74
80